sobota, 26 marca 2016

Zbieram się z tą notką od bardzo dawna. Żałuję, że nie napisałam jej dużo wcześniej, bo być może udałoby się komuś pomóc, ale nie tracę nadziei, że i ta okaże się pożyteczna. Zainspirowana wywiadem z Avril Lavigne, którą spotkało dokładnie to samo postanowiłam, że i ja chcę w końcu zacząć o tym mówić, bo uważam, że to ważny temat, tak często i przez tak wielu ludzi kompletnie lekceważony. 
Lato 2014. Dużo wody, trawa, plaże, klasyczne wakacyjne miesiące spędzane z przyjaciółmi na słońcu. Pierwszy kleszcz w moim życiu, którego znalazłam na swoim ciele podczas wieczornego prysznica. Mama szybko go wyciągnęła, nie było po nim żadnego śladu, oprócz chwilowego hałasu, bo przecież jestem panikarą i jak to jakiś obleśny robal może bezkarnie wbijać mi się w skórę i sobie tam siedzieć, ble! Mama załatwiła sprawę i było po krzyku. Mija kilka dni, odwiedziny przyjaciół, siedzimy przy papierosie, moja przyjaciółka pyta mnie co mam pod udem. Przygląda się, mówi że to chyba kleszcz. Znowu panika, 'mamo, ratuj!', mama ponownie go wyciąga, kilka sekund i po akcji. Wszystko odchodzi w zupełne zapomnienie. Ot, zwykły głupi kleszcz - to zdarza się przecież tak wielu ludziom, żadna wielka sprawa. 
Mija jakiś czas. W miejscu, w którym był kleszcz jest jakaś czerwona plamka, myślę sobie 'na pewno niedługo zginie, spoko'. Na moich nogach zaczynają pojawiać się mniejsze i większe czerwone okręgi. Nie przyszło mi do głowy, że może mieć to jakikolwiek związek z tym obleśnym robalem. Chodziłam często nad wodę, sądziłam że to z tą wodą coś nie tak i że nim się obejrzę wszystko zniknie. Mąż mojej przyjaciółki, kiedy to zobaczył od razu stwierdził, że to borelioza i powinnam brać antybiotyki. Powiedział, że jego ciocia od wielu lat choruje i bywają naprawdę ciężkie dni. Koleżanka, która mnie odwiedziła powiedziała dokładnie to samo. 'Moja mama ma boreliozę, ma poważne problemy z nogą, zdarza się, że nie jest w stanie chodzić'. Rany! Ale spanikowałam! Bardzo się wystraszyłam, zaczęłam szperać w internecie i... Byłam przerażona. Udałam się na wizytę do mojego lekarza pierwszego kontaktu. Po rozmowie z nim ciągle płakałam, przeraziło mnie każde słowo, które padło z jego ust. Głupi, mały kleszcz i takie konsekwencje? Pocieszył mnie tym, że zakażenie jest we wczesnym stadium i mam wielkie szanse na wyleczenie. Przepisuje antybiotyki, pomógł mi znaleźć nawet najlepszego zakaźnika z Łodzi i chociaż początkowo myślałam, że to jakiś szaleniec, bo próbował mnie nastraszyć, z perspektywy czasu jestem mu wdzięczna, bo jako pierwszy z lekarzy uświadomił mnie, jak poważne konsekwencje niesie ze sobą ta choroba. 
Pierwsza wizyta u zakaźnika, przychodzę z wynikami badań, które niewątpliwie potwierdzają, że jestem chora (co jest niesamowitym szczęściem, ponieważ tylko u 30% chorych badania wychodzą pozytywne - im starsza borelioza, tym trudniej, ponieważ bakteria zaczyna się chować w mięśniach i tkankach). Zakaźnik mnie uspokaja - 'jest Pani całkowicie zdrowa, wzięła Pani szybko antybiotyki, proszę żyć spokojnie, borelioza w Pani przypadku nie da o sobie znać'. Mam mieszane uczucia. Po tym co usłyszałam od lekarza rodzinnego nie wierzę mu, ale wszyscy mówią, że jestem hipochondryczką i po prostu panikuję. Nie daje mi to spokoju, chociaż nie dzieje się nic, co mogłoby świadczyć o tym, że borelioza zaczyna dawać o sobie znak. Boję się, panikuję, nie przestaję grzebać w Internecie. 
Lato 2015. Koncerty z przyjaciółmi, cudowny czas, wszystko się układa, zapominam o tej chorobie. Aż do pewnego poranka, kiedy budzę się, ledwo udaje mi się zwlec z łóżka, moje nogi są całe zdrętwiałe, podobnie jak dłonie. Panika, totalna panika. Nie mam pojęcia, co się dzieje, to pierwszy raz w moim życiu, kiedy coś takiego mi się przytrafia. Mama podaje mi wszystkie witaminy, jakie tylko mamy w domu. Kolejny raz - wyrocznia Internet. Dwie opcje - nerwica lub borelioza. Ale jak to borelioza? Przecież lekarz mówił, że jestem zdrowa. Postanawiam odwiedzić go ponownie. Opisuję mu sytuację, cierpliwie słucha i pyta - 'czy w Pani życiu wszystko jest w porządku? według mnie objawy, o których Pani mówi są wynikiem depresji i nerwicy, czy nic się nie działo w Pani życiu ostatnimi czasy?' Mówię mu, że nawet jeśli coś się dzieje, to jestem bardzo pozytywną osobą i nie na długo pozwalam sobie na jakieś słabsze dni. Oznajmia, że nie jest w stanie mi pomóc, bo to absolutnie nie żadna borelioza, pisze coś na karteczce, zerkam na nią - skierowanie do psychiatry. Mówi, że nie chce robić ze mnie wariatki, ale potrzebuję pomocy specjalisty, ponieważ mam depresję. Jaką depresję? Wychodzę, wiem już na sto procent, że ten człowiek nie jest w stanie mi pomóc i zastanawiam się, co dalej. Może faktycznie potrzebuję pomocy psychiatry, psychologa? Może wyolbrzymiam, może przesadzam, nie wiem. Wykańcza mnie to, ponieważ widzę, że nikt nic nie rozumie, ja sama nie wiem co się ze mną dzieje, nawet najbliżsi zaczęli patrzeć na mnie jak na wariatkę, a ja po prostu tonęłam w bezsilności. Zaczęłam myśleć, że być może naprawdę mam nerwicę, depresję, czy cokolwiek o czym mówił zakaźnik. Poszłam do apteki, kupiłam tabletki na uspokojenie, melisę, coś na sen i miałam nadzieję, że wszystko wróci do normy. Oczywiście nie wróciło. 
Niewiele czasu minęło, by zaczęły mi dolegać rzeczy, które wcześniej były mi obce. Okropne bóle mięśni, pleców, kilka nocy spałam na podłodze, myślałam że po prostu przeciążyłam kręgosłup. Straszne zmęczenie, które nie przechodziło nigdy. Bezsenność lub spanie całymi dobami na zmianę. Bóle głowy, brzucha, sztywność rąk, nóg, mrowienia, drętwienia. Zaczęły się też lęki, strach przed wychodzeniem z domu, przed ludźmi, doszło do tego, że kiedy wychodziłam z domu prawie mdlałam, trzęsłam się, dostawałam krwotoków z nosa i ataków paniki, które tylko potęgowały drętwienia, co było dla mnie wtedy najgorszym z objawów, czasami czułam, że już się nie ruszę. Myślałam, że wariuję. Wszyscy wokół zaczęli myśleć, że to chyba naprawdę nerwica bądź depresja, bowiem byłam po rozstaniu z chłopakiem, ale Bóg jeden wie, że przez to choróbsko nawet nie miałam czasu i okazji 'przeboleć' tego rozstania. Kompletnie o tym nie myślałam. 
Bywały lepsze i gorsze dni. Raz czułam się jak nowonarodzona, a raz jakbym była na łożu śmierci. Brzmi to dramatycznie, ale tak właśnie było. Przestałam rozmawiać o tym z większością ludzi, oprócz mamy, bo czułam się wyobcowana i widziałam, że nie ma nikogo, kto chociaż próbowałby rozumieć. Zaszyłam się w domu, czułam się słabo i bałam się, że po prostu padnę na ulicy. Każde wyjście z psem na spacer nawet pod blok zaczynało być wyzwaniem i ogromną dawką adrenaliny. Dobijało mnie to, zaczynałam być tym wszystkim zwyczajnie zmęczona. Tęskniłam za dawną sobą. 
Pewnego dnia wchodzę na Facebooka, jedna z polskich artystek udostępnia post swojego kolegi, w którym widnieje cała masa tabletek. Klikam, wchodzę, czytam. Mężczyzna zaczyna od opisywania objawów, które łudząco przypominają moje, czytam więc dalej z zaciekawieniem i nadzieją, że może wreszcie znajdę odpowiedź na to, co się ze mną dzieje. Dochodzę do słowa, które już nie jest mi obce - BORELIOZA. Mężczyzna opisuje nawet sytuację, kiedy udaje się do zakaźnika, a ten kieruje go do psychiatry. Piszę do niego. Mam masę pytań. Okazuje się, że nie da się tego wyleczyć jedną, czy dwoma seriami antybiotyków. Podsyła mi linki do Facebookowych grup ludzi, którzy również chorują, oczywiście dołączam. Poznaję setki przypadków, takich jak moje. Te same sytuacje - lekarze, którzy kierują do psychiatrów, ludzie którzy w oczach bliskich stali się wariatami, hipochondrykami i panikarzami. Dowiaduję się, że leczy się to metodą ILADS - długie miesiące brania antybiotyków, ziół, suplementów, aż do wyeliminowania objawów. Bez zastanowienia zaopatruję się najpierw we wszystko, co niezbędne przy leczeniu. Czystek, witaminy, czarnuszki, kurkumy, cuda wianki. Zaczęło być lepiej! Są jeszcze objawy, które często dają o sobie znać, bywa że pojawiają się nowe, ale widzę różnicę. Postanowiłam leczyć się również metodą ILADS, którą rozpoczynam na początku kwietnia. Ci wspaniali ludzie, których poznałam przez te grupy na Facebooku dzielą się swoimi doświadczeniami, polecają lekarzy, cieszę się, że na nich trafiłam. I jestem pewna, że uda mi się całkowicie to pokonać, odkąd lepiej znam wroga czuję się pewniej i mam w sobie więcej wiary i sił do walki, będzie dobrze! :)
Piszę o tym, ponieważ wiem jak wiele ludzi nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji jakie niesie ze sobą zwykłe, małe ukąszenie przez kleszcza. Ja również zlekceważyłabym sytuację, gdyby nie ludzie, którzy szybko uświadomili mi, co to ze sobą niesie. Zdarzają się przypadki (wiem od ludzi z grupy na Facebooku), że ludzie całymi długimi latami błądzą po lekarzach w szukaniu odpowiedzi na swoje dolegliwości. Całymi latami męczą się, nie wiedząc co się dzieje. Szukając pomocy i zrozumienia. Najczęściej zostają po prostu lekceważeni lub kierowani do psychiatrów. Moja historia jest podobna, podobna jest Avril i pewnie tysięcy innych ludzi. Przerażające jest to, że większość lekarzy nie ma pojęcia o boreliozie, a jej rozpoznanie i leczenie to abstrakcja. Warto dodać, że kleszcz to nie tylko borelioza, ale i szereg koinfekcji, które są znacznie gorsze i problematyczniejsze w leczeniu. 
Jeśli mieliście kiedyś kleszcza lub nawet jeśli nie mieliście, ponieważ nimfy, których nie sposób dostrzec również zarażają, a podobno nawet komary, lub muchy końskie, macie podobne objawy, szukacie, nie rozumiecie, warto udać się do lekarza, który leczą metodą ILADS. Podkreślam, że zakaźnicy nie są w stanie pomóc, dla nich borelioza nie jest realnym zagrożeniem i uważają, że miesiąc brania antybiotyków jest w stanie całkowicie zapobiec jakimkolwiek objawom. Piszę to, bo uważam za bardzo istotny temat i tak jak ja przez przypadek trafiłam na post wcześniej wspomnianego mężczyzny na Facebooku, tak może teraz ktoś czytając tego posta zostanie odpowiednio nakierowany. Im później rozpoznana choroba, tym trudniejsza w leczeniu. 
Dziękuję wszystkim osobom z grupy, które dzielą się swoimi historiami i metodami walki, lekarzowi pierwszego kontaktu (ponieważ zapoznając się z innymi opisywanymi przypadkami prawie żaden lekarz nie znał konsekwencji boreliozy, a mój chociaż zmroził mi krew w żyłach bardzo mi pomógł i sporo wiedział) i przede wszystkim mojej Mamie, która musiała i dalej musi wysłuchiwać o wszystkim, co mi dolega i robi to niezwykle cierpliwie, za co ogromnie ją podziwiam, pomagała mi szukać i była w tym ze mną od początku, jest dalej i ogromnie mnie wspiera. 
Jeśli macie jakieś pytania, chętnie wszystkim odpowiem i pomogę! Najważniejszym dla mnie jest to, by borelioza przestała być lekceważona, by ludzie mieli świadomość, że mały kleszcz to nie jest 'nic takiego', bo to naprawdę może ocalić komuś życie.