niedziela, 4 listopada 2012


Dźwięk Jego głosu nie rozbrzmiał, a uderzył w całą przestrzeń z mocą tak ogromną, że straciłam wzrok na kilka sekund. To tak jakby ktoś umarł, odszedł, a po kilku latach słyszysz dobiegający telefon z pokoju, idziesz spokojnie, nie spodziewasz się niczego, odbierasz i przez chwilę wydaje ci się, że śnisz, a potem, że dusze zza światów zainwestowały w telefonię komórkową i łączą się tym sposobem z duszami, które jeszcze posiadają fizyczność. 
Mój duch mówił długo. Głównie dlatego, że mnie zabrakło słów. Z każdym wyrazem wracało więcej wspomnień, to jak bieganie po datach za pomocą super szybkiego wehikułu czasu. 
Teraz. Teraz, gdy moja egzystencja stawała się ciut lżejsza, całkiem znośna, dla mnie. Budziłam się, śmiałam się, kawa, fajki, kawa, spacer, ludzie, perwersyjne zachowania chłopaka z tramwaju i moje, o co pewnie nikt by mnie nie podejrzewał, nasze mini randki w ciasnym środku komunikacji, spojrzenia, muśnięcia rąk, oblizywania i przygryzania warg. Polubiłam go. Na tyle bardzo, jak można kogoś lubić, nie zamieniając z nim słowa. Może bardziej za gust muzyczny, który poznałam dzięki głośności słuchawek w jego uszach i widoczne zamiłowanie do tatuaży i piercingu. To z pewnością to, tak się usprawiedliwię. Zresztą, kto by tam mnie za to osądzał. Nawet Ty byś się nie ośmielił, choć mogłaby to być ostatnia rzecz, o jaką można mnie podejrzewać. Kiedyś. Zmieniłam się, wiesz.
Jasne. Czemu nie. Możesz odezwać się raz na jakiś czas. Święta, urodziny, imieniny, dzień babci, cioci, buta, psa, drzwi, pewnie. Przecież to nic takiego.