wtorek, 10 lipca 2012

gap

Piątek - (niby) koncert, miasto, sobota - urodziny Aleksandry, powroty do domu rowerem o czwartej rano, lubię! Niedziela - miało być ognisko, zbierało się na burzę, więc zostaliśmy w domu, kibicując wcześniej naszym siatkarzom, którzy ostatecznie pokonali trzy do zera reprezentację USA, wygrywając tym samym Ligę Światową!
Miły wieczór, miła noc, jesteśmy trochę popierdoleni i dobrze! Za to dzisiaj czuję się bardzo nie ok, mdli mnie od samego rana. Kreto, zrobił pyszną jajecznicę na śniadanie, nawet Maurycy pokusił się o skosztowanie i chyba mu smakowało! Potem czekaliśmy na Anitę i Annę, coby popływać w stawie, ale długo zeszło im na mieście i ostatecznie pojechałam z Kretem nad okoliczny, niewielki zbiornik wodny, dawno tam nie byłam, oprócz jeszcze większego syfu nic się nie zmieniło. 
Trochę pospałam, niedawno wstałam, a właściwie zostałam brutalnie obudzona przez Patrycję i Annę błyszczykowymi, obślizgłymi buziakami, które odcisnęły chyba wszędzie, potwory! A teraz herbata, The Kooks, rozmowy nocą i takie tam, hehe.