poniedziałek, 11 kwietnia 2011

BEAUTIFUL MESS INSIDE

Mylę się w spontanicznych definicjach i ciągle za mało mam cyfr na zegarze w ciągu doby. 24 - głupia, mała liczba. Ale twardnieję, zasycham, to nawet pocieszające. Biorę kilka głębokich oddechów, dzisiejsza noc jest zwiastunem jutrzejszego dnia, dobrze się przygotuję, tym razem nie spieprzę żadnej części rytuału. Korzenie w jałowej ziemi, linie papilarne odbite na mokrych szybach, zupełnie jak przestępca. Więzień tęskniący do widoków znajdujących się za kratami. Chyba z przedawkowania rutyny wystukuję rytm Twoich zbliżających się kroków. Idziesz w takt kompletnie idiotycznie brzmiącej muzyki, mylisz się, co kilka kroków, potykasz o własne nogi. Lubieżność w moich myślach - namiętność przyrządzona na złych proporcjach, z której nic lepszego nie ma prawa wyjść, kamienie rozbijające szybę oddzielającą nas od nieba. Delikatny lot, jak gdyby rzucałby ktoś w nas kolorową, mdłą pianką. Niewdzięcznie jej unikam, czasami nawet depczę, cicho się śmiejąc z własnych nieudolności, z czarnego komizmu, który jak zawsze mocno trzyma mnie za obie ręce.
Cień na ścianie, nieprzyjemny chłód włóczący się po skórze, zagryzione wargi do czerwonej szminki.