wtorek, 7 września 2010

UNCOOL

Wspomnienia rozpuszczają moją metalową duszę, posiadają działania cudownego leku na każdą mentalną dolegliwość. Popijam je gorącą kawą, która chcąc wyrwać mnie z tego amoku - parzy mi usta. Niezdrowo jest bowiem cofać się do wcześniejszych dat, w poszukiwaniu dawno utraconych spojrzeń, dotyków, uśmiechów porannych, wieczornych, każdych. Ciągle zabija mnie ta chora skłonność do podejmowania bezsensownych prób wskrzeszenia dwóch spalonych serc, z których pył osiadł na mnie i choćbym bardzo chciała - nie potrafię się go pozbyć. To zaklęcie, to czary, to magia. To absurdalne ginąć milion razy na sekundę, to abstrakcyjne czuć to, co ja czuję i mimo wszystko nie wracać tam.
Idę. Wiatr jest moim sprzymierzeńcem, walczymy po tej samej stronie, pcha mnie do przodu, nie pozwala mi stać w miejscu. Odrywa moje stopy od ziemi, czyni mnie leciutką, zapominam się. Ale nawet w oto tym cudownym zapomnieniu musi pojawić się moment, w którym zachłysnę się powietrzem, a Ty będziesz stał obok mnie z tym pełnym troski uśmiechem i nic nie mówiąc, po prostu będziesz. A całą pustkę znowu zapełni Twój gorący oddech, Twoje bezkresne ciepło, Twój hipnotyzujący zapach.
Lubię wspominać, lubię o Tobie pamiętać. Jestem naznaczona Twoim imieniem, noszę Cię wewnątrz.


A moje oczy są Twoje, jeśli chcesz - bierz, strach jest bzdurą.


- Ale to wszystko, choć piękne, jest zbyt toksyczne. Znowu karmię się błędnej wiary spalinami.