czwartek, 19 sierpnia 2010

STRACH ROMANTYCZNY

Zaskakujące, jak bardzo potrafimy się zmieniać pod wpływem chwil, w których nasze serca, nasze najsilniejsze uczucia zostają bezlitośnie zmiażdżone głazem rzeczywistości. Rzeczywistości, która potrafi być nader ciężka. Brakuje mi ostatnimi czasy głębokiego oddechu i nadziei, którą spożytkowałam na wiarę w to, że ją mam. Jestem słaba, porywa mnie byle wietrzyk, byle podmuch przedostaje się do wnętrza mojego ciała, wysusza ze mnie krew - moja dusza staje się wrakiem, a niegdyś słodkie Twoje słowa, dzisiaj mają przesadnie cierpki smak. Trwam w jakimś psychopatycznym letargu, rzucam się myślami, staram się otworzyć szeroko oczy, wstać, uszczypnąć i przekonać o tym, że to był tylko zły sen. Ale to nie tak, jest na opak, mój kolorowy, pełen bezpodstawnej euforii świat przewrócił się do góry nogami, zwyczajnie zniknął pod kocem uszytym z niemożliwej tęsknoty, poplamionym tu i tam krwią z pozagryzanych warg. I ten pokój. Dotąd był azylem, oazą spokoju, miejscem wytchnienia, kryjówką przed światem i Tobą, zwłaszcza Tobą. Dziś widzę Cię wszędzie. Tempo wpatruję się w ściany, w sufit, w okno. Na ścianie siedzisz z tą swoją wdzięczną miną, rzucając we mnie uśmiechami, z wzrokiem pełnym bezinteresownej, delikatnej miłości. Na suficie spacerujemy razem ciemnymi ulicami, donikąd, trzymasz mnie za rękę, prawie nigdy jej nie puszczasz. A za oknem prowadzimy dialogi o przyszłości, która trwa teraz, która dzisiaj nie ma żadnego znaczenia, na przestrzeni czasu podupadła na wartości, nie sądzisz? 
Wariuję, szaleję, tracę realny kontakt z przestrzenią rozlegającą się wokół mnie. Pamiętam, jak ktoś kiedyś powiedział, że "czas leczy rany" - uwierzyłam. Dzisiaj, kiedy upłynęło tak wiele dni, słowa te są dla mnie morałem nieudanej bajki, mającej na celu mydlenie nam oczu, bo tak łatwiej.